czwartek, 31 października 2013

"Z dystansu", reż. Tony Kaye


Kino trudne, refleksyjne, które dotyka duszy, zadaje niełatwe pytania i pozostawia widza bez odpowiedzi. Obraz polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy planują związać swoje życie zawodowe ze szkołą. Nie znajdziecie tu zachęty (chyba nie), ale pozbędziecie się złudzeń i staniecie twarzą w twarz z  problemami, dotykającymi współczesne placówki edukacyjne, nie tylko amerykańskie.

Adrien Brody, który ma rysy twarzy wzbudzające zaufanie (to oczywiście moja teoria i wrażenie) wciela się w rolę nauczyciela, zatrudnianego tylko i wyłącznie na zastępstwo. Wędruje tym samym od szkoły do szkoły, nigdzie nie zagrzewając miejsca na dłużej, co pozwala mu zachować dystans (choć pewnie nigdy do końca, bo jako wychowawca z powołania jest niezwykle wrażliwy). Co dnia pielęgnuje swoją maskę niewzruszonego, kierującego się rozsądkiem pedagoga, który potrafi poradzić sobie w każdej, problematycznej sytuacji. Wraz z rozwojem zdarzeń okazuje się jednak, że wcale nie przychodzi mu to tak łatwo, jakby mogło się wydawać. W niektórych sytuacjach czuje się zupełnie bezsilny, a jego skrzętnie skrywane emocje okazują się wtedy intensywne i bolesne.




"Z dystansu" jest filmem o pulsującym bólu, który noszą w sobie wszyscy, zarówno uczniowie, jak i nauczyciele, nauczycielki, poza tym o dystansie, który bardzo często wynika z niemocy przezwyciężenia lęku, a przede wszystkim o kryzysie współczesnej szkoły. Wszyscy bohaterowie czują się bardzo samotni w swoich dążeniach i intencjach. Rodzice za niepowodzenia i frustrację dzieci obwiniają nauczycieli, nauczyciele rodziców, a wszyscy poniekąd mają rację. 




O głębokim kryzysie edukacji świadczą dwie sceny, które w szczególny sposób utkwiły mi w pamięci. Pierwsza ukazuje dzień wywiadówek. Przygotowani nauczyciele czekają na rodziców (jest: kawa, ciastka, napisy "witamy") , ale nikt nie przychodzi. Druga, metaforyczna, przedstawia głównego bohatera w pustej, zdemolowanej klasie. Pozostaje on sam jeden na "placu boju". Tylko dla kogo? Po co?






środa, 30 października 2013

"Tysiąc wspaniałych słońc" , Khaled Hosseini

Książka ta była wspaniałą, pouczającą podróżą do kraju, o którym tak naprawdę niewiele wiedziałam, do Afganistanu. Do tej pory kojarzył mi się on tylko z talibami, atakiem na World Trade Center, wojną z USA. Podejrzewam, że identyczny, ograniczony, obraz państwa funkcjonuje w zbiorowej, międzynarodowej wyobraźni.

Pewnie cię zaskoczę, ale dostrzegłam pewne podobieństwa, łączące Afganistan z Polską. Przede wszystkim wewnętrzne zróżnicowanie jego obywateli, którzy dzielą się (cóż słowo "podział" jest tu chyba jak najbardziej na miejscu) na konserwatywnych, nieskorych do przełamywania uprzedzeń, jakie nierzadko są popierane i podtrzymywane przez duet: religia tradycja, oraz tych, nazwijmy ich "nowoczesnymi", otwartych na zmianę, w której upatrują rozwój.


Choć w książce mowa o innej religii i innej, odległej kulturze, to opisane zachowania i emocje ludzi są identyczne pod każdą szerokością geograficzną. Problemy niby się różnią. Polska daje swoim obywatelkom większą swobodę (pod każdym względem), obywatelom z reguły mniejszą (na przykład nie można bezkarnie zabić żony), jednak mechanizmy "udupiające" jednostkę, mające na celu przydzielenie jej konkretnej roli społecznej, przypięcie tak zwanej łatki, funkcjonują wszędzie w podobny sposób i nastręczają wielu problemów. Dlatego uważam, że warto im się przyjrzeć. Książka ta daje taką możliwość. Miedzy innymi w tym upatruję jej wartość, ale nie tylko.


"Tysiąc wspaniałych słońc" pozwoliło mi poczuć się Afganką. Uważam to za ogromny sukces autora. Zabieg, który został w tym celu przeprowadzony, jest bardzo sprytny. W książce mamy do czynienia z dwoma, głównymi bohaterkami. Świat przedstawiony oglądamy raz z perspektywy Mariam,  a raz Lajli.


Pierwsza z nich, Mariam, dorastała w kolbie (maleńkim domku z gliny i słomy) na zupełnym, choć malowniczym, odludziu. Mieszkała tylko z matką, Naną, gdyż ojciec, Dżalil, który był przedsiębiorcą i jednym z najbogatszych mieszkańców dużego miasta, Heratu, postanowił umieścić je z dala od swojej prawowitej rodziny. Jak zapewne już się domyślasz, Mariam była dzieckiem z nieprawego łoża.



Lajla zaś pochodziła z rodziny inteligenckiej. Jej tato był nauczycielem, niegdyś wykładowcą na Uniwersytecie w Kabulu. Miał liberalne, postępowe poglądy. Uważał, że Afganistan będzie się rozwijał, o ile kobiety uzyskają równe szanse i pełnię praw. Jego żona zgodnie z własną wolą nie nosiła burki, a wykształcenie córki stanowiło dla niego cel nadrzędny. Nawet, gdy nauka dziewcząt i kobiet była surowo zakazana, potajemnie edukował Lajlę w domu.


Nietrudno zauważyć, że obie bohaterki wychowywały się poniekąd "pod kloszem". Jako dziewczynki nie zaznały dyskryminacji z uwagi na swoją płeć (między innymi dlatego łatwo było mi się z nimi utożsamić). Ich zderzenie z afgańskimi realiami, gdy zostały pozbawione rodzinnego domu i bliskich, stało się poniekąd także moim nieszczęściem. Razem poznałyśmy okrucieństwo, niezasłużoną pogardę, przymus, które wynikały tylko i wyłącznie z powodu płci. Cóż, były momenty, kiedy naprawdę przeżywałam tę książkę. Obrzydzała mnie lub denerwowała. Jednak cieszę się, że przeżyłam. :)



Ponieważ akcja dzieje się na przestrzeni ponad trzydziestu lat, obserwujemy tragiczne zmiany, które zachodzą w Afganistanie. Jak się okazuje, niegdyś, w latach pięćdziesiątych,   i sześćdziesiątych, kraj był "otwarty na zachód", a kobiety miały prawo uczyć się i pracować. Zajmowały ważne, cenione stanowiska. Były prawniczkami, lekarkami, nauczycielkami. Niestety ta sytuacja ulegała zmianie. Kraj trawiły wojny (początkowo z Sowietami, a później wojny domowe, o władzę w bardzo zróżnicowanym społeczeństwie). W końcu sytuacja kobiet stała się nieznośna. Odebrano im wszelkie prawa. Ograniczono nawet dostęp do opieki zdrowotnej.




Czy to oznacza, że Afgańczycy są źli? Bynajmniej, są różni. "Tysiąc wspaniałych słońc" opowiada również o fantastycznych, troskliwych mężczyznach, którzy szanują i kochają swoje partnerki. Zawsze trzeba pamiętać, że narodu nie stanowi garstka osób o kiepskiej reputacji, lecz miliony osób, wśród których są także inteligentne, wrażliwe jednostki (banalny fakt, o którym często zapominamy).

Warto też zauważyć, że książkę "Tysiąc wspaniałych serc" napisał właśnie mężczyzna, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Poza tym muszę wyrazić swój podziw za umiejętność przedstawienia świata z bardzo kobiecej perspektywy. Och...  (wyraziłam ;) )



Mały minus za amerykańską propagandę. Na koniec książki, po interwencji Stanów Zjednoczonych, robi się odrobinę za słodko.


czwartek, 17 października 2013

"Sen to Chihiro kamikakushi", reż. Hayao Miyazaki



Ależ fantastyczna bajka! Zachwyciła mnie nie tylko piękna opowieść o miłości, oddaniu, odwadze i poświęceniu (no co?; wiem, że banalne, ale wciąż najważniejsze!). Duże wrażenie zrobiła na mnie też animacja (kocham Japonię!) oraz pomysł na świat przedstawiony i postacie. 



Rzadko kiedy coś mnie zaskakuje. Czasami wydaje mi się, że widziałam już niemal wszystko. Tym razem z przyjemnością dałam się zadziwić i to nie jeden raz. Poza tym uwielbiam bajki, w których mała, samodzielna dziewczynka jest główną bohaterką i aktywnie walczy o swoje szczęście, a "Spirited Away: W krainie Bogów" to jedna z nich.


Główna bohaterka, Chihiro, wraz z rodzicami trafia przez przypadek do krainy bogów. Jej bliscy, niestety popełniają makabryczny błąd, za który muszą srogo zapłacić. Kierowani głodem, czy może łakomstwem, zjadają pokarm bogów. Przyłapani na gorącym uczynku, zostają zmienieni w dwa, wstrętne wieprze (z reguły lubię świnki, ale te nie były sympatyczne; naprawdę!). Od tej pory Chihiro musi radzić sobie sama. A nie będzie łatwo, ponieważ bogowie nie znoszą obecności ludzi.
 
Prócz Chihiro i jej rodziców opowieść zamieszkują liczni bohaterowie. Są oni cudaczni, groteskowi, rzadko ładni, często brzydcy, czy wręcz odrażający. Mnóstwo wśród nich dziwolągów (np. olbrzymie niemowlę zamienione w świnkę morską), chimer ( np. pająko-ludzi, ptako-ludzi) i japońskich bóstw, które też są cokolwiek oryginalne.


"Spirited Away: W krainie Bogów" to historia zupełnie niepodobna do tych, które znałam do tej pory. Dałam się porwać, oczarować, urzec. Kto wie? Może to wiedźma Yubaba (ta wielka z obrazka poniżej) rzuciła na mnie urok?

Cóż, pozwólmy sobie czasami na fiksację. Inaczej świat byłby nudny, prawda?




Tu znajdziesz zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=6az9wGfeSgM

wtorek, 8 października 2013

"Ta, którą nigdy nie byłam", Majgull Axelsson


Mary Marie odkąd pamięta zawsze miała dwa imiona i nigdy nie wiedziała na pewno, które z nich jest prawdziwe. Matka, niegdyś więźniarka obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, z pochodzenia Polka, nazywała ją Mary, zaś ojciec, rodowity Szwed, Marie. Już jako mała dziewczynka zauważyła, że Marie oraz Mary to dwie, różniące się od siebie osoby. Któregoś razu uświadomiła sobie coś jeszcze, że ma nie tylko dwa imiona, lecz również dwa życia, które dzieją się jednocześnie. Ich bieg determinowany jest odmiennymi decyzjami, jakie podejmują: odważna, popadająca w kłopoty Marie oraz rozsądna, niezwykle ambitna Mary.
Bohaterka, w wieku kilkunastu lat, wygrywa konkurs na esej pod tytułem "Rządy ludu i przyszłość", organizowany przez szwedzkie ministerstwo. Jego finaliści, garstka podrostków o niezwykle ambitnych planach na przyszłość, od razu zaprzyjaźniają się i zakładają nieformalną grupę, którą nazywają "Klubem Bilardowym Przyszłość". Wśród nich jest też Sverker, jej przyszły mąż. Wiele lat później mówi o nim nie inaczej, jak tylko: "mężczyzna, którego kochałam".

Mary Marie poznajemy w chwili, kiedy jej dwie jaźnie znalazły się w skrajnie odmiennych sytuacjach, będących konsekwencją dramatycznego wyboru, jaki musiała podjąć. Mary jest spełnioną polityczką, ministrą do spraw pomocy rozwojowej w szwedzkim rządzie, zaś Marie skazaną morderczynią, która po kilkuletniej odsiadce, opuszcza właśnie więzienne mury.
 
Która z nich znalazła się w dogodniejszym położeniu? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. W tej opowieści nie ma ani wygranych, ani przegranych. Jest natomiast wina,  kara, wstyd oraz niemoc przebaczenia. I niespełnienie. Aż do ostatnich stron, kiedy w końcu staje się to, na co Marie Mary czekała od dawna.


Poza tym w książce pojawia się poważny problem, którego  nie mogłam nie zauważyć. Dotyczy on mężczyzn (nie wszystkich, więc proszę się nie obrażać), tych złych, godnych pogardy, którzy roszczą sobie prawo do kobiecego ciała, traktują je jak własność, coś co można posiąść, nabyć. Właśnie tacy mężczyźni wykorzystują i ranią, nas, kobiety najbardziej, a robią to mniej lub bardziej świadomie.

Książkę "Ta, którą nigdy nie byłam" polecam Ci naprawdę gorąco. Kolejny raz przekonałam się, że Majgull Axelsson jest świetną pisarką, bardzo wrażliwą i jedną z moich ulubionych. Jej postrzeganie i przeżywanie świata uważam za szczególnie bliskie mojej naturze.