piątek, 27 grudnia 2013

"Nocowała ongi chmurka złota", Anatolij Pristawkin

Doszłam dzisiaj do wniosku (a może już dawno temu), że filmy bardzo lubię, natomiast książki po prostu kocham (oczywiście nie każdą, ale wiele). Poruszają nie tylko moje serce, ale przede wszystkim wyobraźnię. Nie pozwalają być bierną we współczesnych realiach, w których wszystko jest podawane na tacy w formie standardowej przekąski. Zmieniają mnie, kształtują, pokazują życie z nieznanej dotąd perspektywy, otwierają na świat i ludzi. Wiem, że staję się dzięki nim lepsza.

Wystarczy czytać, poddać się myśleniu, bezboleśnie. ;) I znów dokonuje się coś nowego. Nie żadna tam magia, ale coś co zawdzięczamy twórczej potędze ludzkiego umysłu. (porywa mnie natchnienie; dajesz, dajesz!!!)

Piszę o tym wszystkim, ponieważ jestem pod wielkim wrażeniem książki Anatolija Pristawkina "Nocowała ongi chmurka złota". Czuję, że coś mi dała, coś zabrała ( np. spokój ducha ;)), a na pewno coś zmieniła. Jestem teraz jeszcze bardziej sobą, jeszcze bardziej człowiekiem (słowa jakby egzaltowanej polonistki, ale co zrobić, skoro nią jestem). Wzruszyła mnie, zasmuciła, pozwoliła przeżyć więcej, niż mogłam się tego spodziewać. Jest wspaniała, na wskroś autentyczna.

Opowiada losy braci bliźniaków, Kolki i Saszki Kuźmionyszów, którzy byli  nierozłączni i podobni do siebie jak dwie krople wody, a może i bardziej. Chłopaki mieli jedenaście lat i mieszkali w domu dziecka w Tomilinie (Rosja), gdzie wszyscy, prócz tłustego dyrektora i jego psów, głodowali. Marzyli o tym, by włamać się do krajalni chleba, poczuć jego wspaniały zapach, najeść się i wziąć ze sobą tylko tyle, by nikt na tym poważnie nie stracił.

Bohaterowie, bardzo często wpadali w tarapaty. Musieli przecież jakoś sobie radzić, żeby przeżyć. Pewnego dnia, w związku z kolejnymi kłopotami, w jakich znowu się znaleźli, postanowili ulotnić się, nim zostaną ukarani. Akurat nadarzyła się okazja, więc zgłosili się na ochotników, którzy wyjadą. Gdzie? Do nieznanej, mitycznej krainy, o której wszyscy wokół rozmawiali, na Kaukaz. Stwierdzili, że nigdzie nie będzie gorzej, niż w Tomilinie, a tam przynajmniej się najedzą.

Góry Kaukazu
Dzieciom tak właśnie powiedziano: jeśli chcecie się najeść, jedźcie. Tam jest wszystko. I kartofle, i owoce, których istnienia nasi szakale nawet nie podejrzewają. Saszka powiedział wówczas bratu: "Chcę owoców... Tych, o których mówił ten, co tu przyjeżdżał." Na to Kolka, że owoce to tyle co kartofle, jest tego całkowicie pewien. (...)
- No to najemy się kartofli - powiedział Saszka.
 "Nocowała ongi chmurka złota", Anatolij Pristawkin


Kolka i Saszka dotarli na Kaukaz w roku 1944. Świat polityki, zarezerwowany dla dorosłych, nie był im znany i niewiele rozumieli z tego, co wkrótce musiało stać się ich udziałem. Wiedzieli o Czeczeńcach, którzy mieszkają gdzieś w górach i napadają ludzi, widzieli rosyjskich żołnierzy i podsłuchiwali ich rozmowy, jeden z braci zauważył raz pociąg wypełniony dziećmi, które powtarzały tylko :"chi chi" (czecz. chi znaczy woda). Mimo to chłopcy nie rozumieli realiów. Podobnie jak inne dzieci czuli tylko niepokój, a później strach, który wciąż narastał.

Autora obrazu niestety nie udało mi się ustalić

W powieści Pristawkina, w przepięknej, malowniczej scenerii, w górach Kaukazu, oblanych słońcem, wśród pól złocistej kukurydzy, ludzie na ludziach, bez zmrużenia oka, dokonują bezlitosnych zbrodni. Kontrast między pięknem przyrody, a opisanymi zdarzeniami pogłębia w czytelniku poczucie zła, niesprawiedliwości, beznadziei. Dziecięca perspektywa widzenia demaskuje wojnę, jako zjawisko absolutnie bezsensowne, pozbawione logiki i co gorsze, zupełnie niepotrzebne. Winę ponoszą dorośli (są oni tyle samo ofiarami, co i katami), ale cierpieć muszą wszyscy, także dzieci.

Góry Kaukazu
W głowie utkwiła mi wypowiedź jednego z dziecięcych bohaterów, który głośno się zastanawiał, nad czynami dorosłych, którzy "są przecież duzi i mądrzy". Naprawdę usiłował ich zrozumieć.

Przypomina mi się też, wciąż powracający w książce, fragment wiersza, który w miarę rozwoju kolejnych zdarzeń, coraz bardziej zyskiwał na znaczeniu.

Nocowała ongi chmurka złota
Na starego głazu ciemnym łonie...
Wstała rankiem... Już nią wicher miota,
Już ją niesie ku dalekiej stronie...
Ale został po niej ślad wilgotny
W szczerbie głazu, niby znamię smutku...
I głaz stoi... i duma samotny...
I w pustyni płacze po cichutku...
Głaz, Michał Lermontow


środa, 4 grudnia 2013

"Obietnica poranka", Romain Gary

Idąc za ciosem, popełniając po drodze drobną pomyłkę czytelniczą (książka ze Skandynawii; tym większe moje rozczarowanie), zapoznałam się z kolejną powieścią Romain'a Gary'ego. W związku z wcześniejszą pomyłką, czułam się oczywiście niepocieszona. Na szczęście "Obietnica poranka" (będąca dobrą obietnicą) przyniosła nie tylko ukojenie dla moich zszarganych, filologicznych nerwów, cienkich i wrażliwych jak drucik żarowy, ale też zaspokoiła dzikie, przenikające mnie na wskroś, czytelnicze żądze (mrrrauuu... ;)). Teraz jestem szczęśliwa i nasycona. Może nawet trochę zakochana w autorze, który na swoje szczęście nie żyje (żadna psychofAnia mu nie grozi). Popełnił samobójstwo w roku 1980 (mam słabość do niestabilnych emocjonalnie; co za niefart!).



Romain Gary

"Obietnica poranka" jest książką autobiograficzną. Gary, z perspektywy kilkudziesięciu lat, opisuje w niej swoje najdawniejsze dzieje, wiek dziecięcy i młodość. Przy okazji w doskonały sposób tłumaczy, czemu (komu) zawdzięcza swoje fenomenalne sukcesy. A miał ich nieprzeciętnie wiele! Zasłynął jako wspaniały pisarz, utalentowany dyplomata, scenarzysta i reżyser filmowy, a do tego (jakby było mało!) bohater narodowy, który został odznaczony orderem Compagnon de la Libération za walki w czasie II wojny światowej oraz Legią Honorową. 



Osobiście, pełna uznania dla jego zasług ( a jakże!), najbardziej podziwiam jednak Gary'ego za to, że nie został samochwałą (kompletny brak zadufania w sobie; to wręcz nieludzkie!). Ja, będąc na jego miejscu, nie żałowałaby sobie, przechwalałabym się, ile wlezie! A co! ;)

Romain Gary podczas II wojny światowej służył pod dowództwem generała de Gaulle'a; latał bombowcem

Choć "Obietnica poranka" jest autobiografią, Romain Gary rzadko kiedy skupia się w tej opowieści na sobie samym (wtedy jego słowa stają się pełne złośliwej autoironii i dystansu). Przeważnie pisze o matce, absolutnie wyjątkowej kobiecie, która choć nigdy nie zasłynęła, była według autora prawdziwą bohaterką, realną sprawczynią wszystkich sukcesów, jakie mu się przydarzyły. "Obietnica poranka" jest literackim pomnikiem, wzniesionym na jej cześć.
O. Boznańska, Macierzyństwo

Matka Gary'ego (nie wiem, czy w tekście choć raz padło jej imię i nazwisko) była rosyjską Żydówką. Podobno uciekła z rodzinnego domu, by zostać aktorką. Z książki wiemy, że występowała przez kilka lat w podrzędnym teatrze. Po I wojnie światowej przeniosła się z synem do Wilna (wychowywała go samotnie), gdzie rozkręciła własne przedsiębiorstwo, salon mody (niezłe osiągnięcie biorąc pod uwagę sytuację i możliwości ówczesnych kobiet). Kiedy po kilku latach interes splajtował, przeprowadziła się na krótki czas do Warszawy, a stamtąd do Francji, kraju najpiękniejszych tradycji i największych możliwości (według jej oceny), w którym jedynak, Gary, miał rozpocząć światową karierę. Tak właśnie - karierę! Ta zaradna kobiecina od początku wiedziała, że jej jedyne dziecko wyrośnie na wielkiego człowieka, chlubę Francji, bohatera, artystę (wszystko to mu przepowiedziała) i ani przez chwilę nie wątpiła w jego przeznaczenie.

Czuję, że przynudzam. O bardzo ciekawej książce powinno pisać się ciekawie, toteż kończę wywód syntetyczną puentą:

 "Obietnica poranka" jest ekscytującą opowieścią o miłości, która nie zna ograniczeń, kompromisów, ani strachu; o miłości, która jest niezachwianą wiarą w drugiego człowieka. To co pozostaje w czytelniku po lekturze, to bezcenne przekonanie, że wszystko można osiągnąć. Trzeba tylko chcieć, trzeba kochać.

Matka Gary'ego była kobietą z charakterem i wielką damą. Miała charyzmę, tupet i niczego się nie bała. Dużo paliła. Wspaniała!!!

piątek, 22 listopada 2013

"Mały Otik", reż. Jan Švankmajer



Dawno temu w drewnianej chatce nieopodal lasu żyła żona i mąż. Ich jedyną troską był brak potomstwa, który niezwykle im doskwierał. Pewnego dnia mąż karczował drzewa w lesie. Gdy wyciągnął z gleby korzeń, niezwykle przypominający w kształcie ciało niemowlęcia, ociosał go i zabrał ze sobą do chaty. 













Żona na widok maleńkiego Ociosanka nie posiadała się z radości. Natychmiast zawinęła go w pierzynkę i odtąd, każdego dnia, śpiewała mu piękne kołysanki do snu.

Któregoś razu Ociosanek zaczął poruszać się, płakać i domagać jedzenia jak ludzkie niemowlę. Małżeństwo starało się zapewnić mu wszystko, czego potrzebował. Problem w tym, że Ociosanek miał niezwykły apetyt, który z każdym kolejnym posiłkiem wydawał się zaostrzać. W końcu małżeństwo, pomimo chęci, nie było już w stanie sprostać żywieniowym potrzebom Ociosanka i wtedy....

Ta stara legenda, naumyślnie przeze mnie niedokończona (nie chcę psuć Ci zabawy), zainspirowała powstanie filmu Jana Švankmajera "Mały Otik". Tym samym powstało dzieło (a tak! nie boję się użyć tego pochlebnego terminu) co najmniej dziwaczne, a pod względem artystycznym bardzo satysfakcjonujące. Rzecz dzieje się wcale nie tak dawno, dawno temu, ale współcześnie i nie za górami, za lasami, hen daleko, ale w kraju naszych sąsiadów- Czechów, którzy słynął z wysublimowanego poczucia humoru i niebanalnych pomysłów. Poza tym jest dokładnie tak, jak w legendzie.


Ponieważ odstępstwa od normy niezwykle mnie rajcują (szczególnie tak daleko idące), "Mały Otik" sprawił mi przyjemność niemal narkotyczną. Mogłabym porównać ją do rozkoszy, jaką daje smak ciasteczka z orzeszkami, czekoladką i wisieneczką na czubeczku. 


Właśnie! Właśnie! Jedzenie stanowi ważny element filmu (taka podwójna uczta kinomana). Przed obejrzeniem "Małego Otika", z jakiegoś powodu, radzę się nie najadać. 




niedziela, 10 listopada 2013

"Życie przed sobą", Romain Gary


"Życie przed sobą" to książka, o której myślę z uśmiechem. Bohaterem i jednocześnie narratorem jest mały Mohamed, nieletni syn jakiejś prostytutki i kogoś tam jeszcze (nie wiadomo; przynajmniej przez dłuższy czas), jeden z wychowanków pani Rozy. Ta zaś jest Żydówką polskiego pochodzenia. Choć przeżyła holocaust, to nigdy nie odzyskała pełnej wolności, nie przestała przeżywać tego, co ją spotkało. Popadła w swego rodzaju paranoję: miała papiery potwierdzające fałszywą tożsamość, a w nocy zrywała się z łóżka, gdy słyszała kroki na klatce schodowej. Po wojnie przeniosła się do Paryża (tu też rozgrywa się akcja powieści), gdzie przez wiele lat "radziła sobie dupą", lecz kiedy zaczęła się starzeć, a jej wdzięki przemijały, musiała znaleźć sobie nowe zajęcie i pomysł na biznes. W związku z tym otworzyła w swoim mieszkaniu nielegalny przytułek dla dzieci prostytutek.

Mohamed, kiedy go poznajemy, jest jednym z najstarszych i najdłużej przebywających wychowanków w domu pani Rozy. W związku z tym spada na niego dużo obowiązków. Pomaga przede wszystkim w opiece nad młodszymi dziećmi. Pozostały czas (a ma go sporo, ponieważ nie uczęszcza do szkoły) spędza włócząc się po ulicach Paryża, gdzie zdobywa kolejne, życiowe doświadczenia, zawiera nowe znajomości, łobuzuje, czasem kradnie.


Momo (tak nazywają go przyjaciele) jest bystrym, bardzo wrażliwym chłopcem. Marzy o podróży do Nicei, która jest białym miastem pośród mimozowych lasów, uwielbia klauny, bo te są najlepsze na świecie, a w nocy wyobraża sobie, że przychodzi do niego lwica, wskakuje na łóżko i liże go po twarzy, ponieważ to właśnie lwice najbardziej ze wszystkich zwierząt bronią swoich małych ("takie są prawa natury"). Gdyby Mohamed miał możliwość, najchętniej przewinąłby życie jak film, żeby zobaczyć twarz swojej mamy. Wtedy wiedziałby, kim jest, mógłby zaopiekować się nią i zostać dla niej "dobrym sutenerem".



Mohamed, jak wspomniałam, pełni w powieści również funkcję narratora, więc sam opowiada historię swojego życia. Tym samym język "Życia przed sobą" jest, cóż..., po prostu cudowny, fantastyczny, niepowtarzalny i dodatkowo zabawny, choć traktuje o dramatycznych doświadczeniach. Bohater często używa wyrażeń wulgarnych, ale z ich wulgarności nie zdaje sobie sprawy, słów niekoniecznie adekwatnych do sytuacji lub przekręcanych tak, że cała wypowiedź zyskuje nowe, niebanalne znaczenie. Jako dziecko funkcjonuje poza schematami, także językowymi. Sposób mówienia staje się więc aktem niczym nieskrępowanej ekspresji i niezamierzonej kreacji. W tym upatruję szczególną wartość "Życia przed sobą" i stąd czerpałam największą przyjemność, jaką bez wątpienia sprawiła mi lektura.


Bohater, którego naprawdę polubiłam, jest wyjątkowym chłopcem pod każdym względem, bardzo dzielnym i dojrzałym, a jego historia głęboko wzrusza i w sposób trafny tłumaczy, czym jest miłość, ta niemedialna, niekoniecznie kolorowa, często niełatwa, ale za to prawdziwa, nie znająca kompromisu. Nie dotyczą jej ograniczenia (choćby kulturowe), ani zakazy. Jest przede wszystkim oddaniem i gotowością do poświęcenia. Niestety, miłość taka wydaje się być również niedzisiejsza, dlatego warto sobie o jej istnieniu przypomnieć. Warto też poznać Momo. Szczerze cię do tego zachęcam.


Książka posiada swój charakterystyczny klimat, który trudno opisać słowami. Wydaje mi się, że zamieszczone tu kolaże autorstwa Jackuesa Villegle w jakiś sposób go oddają.


czwartek, 31 października 2013

"Z dystansu", reż. Tony Kaye


Kino trudne, refleksyjne, które dotyka duszy, zadaje niełatwe pytania i pozostawia widza bez odpowiedzi. Obraz polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy planują związać swoje życie zawodowe ze szkołą. Nie znajdziecie tu zachęty (chyba nie), ale pozbędziecie się złudzeń i staniecie twarzą w twarz z  problemami, dotykającymi współczesne placówki edukacyjne, nie tylko amerykańskie.

Adrien Brody, który ma rysy twarzy wzbudzające zaufanie (to oczywiście moja teoria i wrażenie) wciela się w rolę nauczyciela, zatrudnianego tylko i wyłącznie na zastępstwo. Wędruje tym samym od szkoły do szkoły, nigdzie nie zagrzewając miejsca na dłużej, co pozwala mu zachować dystans (choć pewnie nigdy do końca, bo jako wychowawca z powołania jest niezwykle wrażliwy). Co dnia pielęgnuje swoją maskę niewzruszonego, kierującego się rozsądkiem pedagoga, który potrafi poradzić sobie w każdej, problematycznej sytuacji. Wraz z rozwojem zdarzeń okazuje się jednak, że wcale nie przychodzi mu to tak łatwo, jakby mogło się wydawać. W niektórych sytuacjach czuje się zupełnie bezsilny, a jego skrzętnie skrywane emocje okazują się wtedy intensywne i bolesne.




"Z dystansu" jest filmem o pulsującym bólu, który noszą w sobie wszyscy, zarówno uczniowie, jak i nauczyciele, nauczycielki, poza tym o dystansie, który bardzo często wynika z niemocy przezwyciężenia lęku, a przede wszystkim o kryzysie współczesnej szkoły. Wszyscy bohaterowie czują się bardzo samotni w swoich dążeniach i intencjach. Rodzice za niepowodzenia i frustrację dzieci obwiniają nauczycieli, nauczyciele rodziców, a wszyscy poniekąd mają rację. 




O głębokim kryzysie edukacji świadczą dwie sceny, które w szczególny sposób utkwiły mi w pamięci. Pierwsza ukazuje dzień wywiadówek. Przygotowani nauczyciele czekają na rodziców (jest: kawa, ciastka, napisy "witamy") , ale nikt nie przychodzi. Druga, metaforyczna, przedstawia głównego bohatera w pustej, zdemolowanej klasie. Pozostaje on sam jeden na "placu boju". Tylko dla kogo? Po co?






środa, 30 października 2013

"Tysiąc wspaniałych słońc" , Khaled Hosseini

Książka ta była wspaniałą, pouczającą podróżą do kraju, o którym tak naprawdę niewiele wiedziałam, do Afganistanu. Do tej pory kojarzył mi się on tylko z talibami, atakiem na World Trade Center, wojną z USA. Podejrzewam, że identyczny, ograniczony, obraz państwa funkcjonuje w zbiorowej, międzynarodowej wyobraźni.

Pewnie cię zaskoczę, ale dostrzegłam pewne podobieństwa, łączące Afganistan z Polską. Przede wszystkim wewnętrzne zróżnicowanie jego obywateli, którzy dzielą się (cóż słowo "podział" jest tu chyba jak najbardziej na miejscu) na konserwatywnych, nieskorych do przełamywania uprzedzeń, jakie nierzadko są popierane i podtrzymywane przez duet: religia tradycja, oraz tych, nazwijmy ich "nowoczesnymi", otwartych na zmianę, w której upatrują rozwój.


Choć w książce mowa o innej religii i innej, odległej kulturze, to opisane zachowania i emocje ludzi są identyczne pod każdą szerokością geograficzną. Problemy niby się różnią. Polska daje swoim obywatelkom większą swobodę (pod każdym względem), obywatelom z reguły mniejszą (na przykład nie można bezkarnie zabić żony), jednak mechanizmy "udupiające" jednostkę, mające na celu przydzielenie jej konkretnej roli społecznej, przypięcie tak zwanej łatki, funkcjonują wszędzie w podobny sposób i nastręczają wielu problemów. Dlatego uważam, że warto im się przyjrzeć. Książka ta daje taką możliwość. Miedzy innymi w tym upatruję jej wartość, ale nie tylko.


"Tysiąc wspaniałych słońc" pozwoliło mi poczuć się Afganką. Uważam to za ogromny sukces autora. Zabieg, który został w tym celu przeprowadzony, jest bardzo sprytny. W książce mamy do czynienia z dwoma, głównymi bohaterkami. Świat przedstawiony oglądamy raz z perspektywy Mariam,  a raz Lajli.


Pierwsza z nich, Mariam, dorastała w kolbie (maleńkim domku z gliny i słomy) na zupełnym, choć malowniczym, odludziu. Mieszkała tylko z matką, Naną, gdyż ojciec, Dżalil, który był przedsiębiorcą i jednym z najbogatszych mieszkańców dużego miasta, Heratu, postanowił umieścić je z dala od swojej prawowitej rodziny. Jak zapewne już się domyślasz, Mariam była dzieckiem z nieprawego łoża.



Lajla zaś pochodziła z rodziny inteligenckiej. Jej tato był nauczycielem, niegdyś wykładowcą na Uniwersytecie w Kabulu. Miał liberalne, postępowe poglądy. Uważał, że Afganistan będzie się rozwijał, o ile kobiety uzyskają równe szanse i pełnię praw. Jego żona zgodnie z własną wolą nie nosiła burki, a wykształcenie córki stanowiło dla niego cel nadrzędny. Nawet, gdy nauka dziewcząt i kobiet była surowo zakazana, potajemnie edukował Lajlę w domu.


Nietrudno zauważyć, że obie bohaterki wychowywały się poniekąd "pod kloszem". Jako dziewczynki nie zaznały dyskryminacji z uwagi na swoją płeć (między innymi dlatego łatwo było mi się z nimi utożsamić). Ich zderzenie z afgańskimi realiami, gdy zostały pozbawione rodzinnego domu i bliskich, stało się poniekąd także moim nieszczęściem. Razem poznałyśmy okrucieństwo, niezasłużoną pogardę, przymus, które wynikały tylko i wyłącznie z powodu płci. Cóż, były momenty, kiedy naprawdę przeżywałam tę książkę. Obrzydzała mnie lub denerwowała. Jednak cieszę się, że przeżyłam. :)



Ponieważ akcja dzieje się na przestrzeni ponad trzydziestu lat, obserwujemy tragiczne zmiany, które zachodzą w Afganistanie. Jak się okazuje, niegdyś, w latach pięćdziesiątych,   i sześćdziesiątych, kraj był "otwarty na zachód", a kobiety miały prawo uczyć się i pracować. Zajmowały ważne, cenione stanowiska. Były prawniczkami, lekarkami, nauczycielkami. Niestety ta sytuacja ulegała zmianie. Kraj trawiły wojny (początkowo z Sowietami, a później wojny domowe, o władzę w bardzo zróżnicowanym społeczeństwie). W końcu sytuacja kobiet stała się nieznośna. Odebrano im wszelkie prawa. Ograniczono nawet dostęp do opieki zdrowotnej.




Czy to oznacza, że Afgańczycy są źli? Bynajmniej, są różni. "Tysiąc wspaniałych słońc" opowiada również o fantastycznych, troskliwych mężczyznach, którzy szanują i kochają swoje partnerki. Zawsze trzeba pamiętać, że narodu nie stanowi garstka osób o kiepskiej reputacji, lecz miliony osób, wśród których są także inteligentne, wrażliwe jednostki (banalny fakt, o którym często zapominamy).

Warto też zauważyć, że książkę "Tysiąc wspaniałych serc" napisał właśnie mężczyzna, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Poza tym muszę wyrazić swój podziw za umiejętność przedstawienia świata z bardzo kobiecej perspektywy. Och...  (wyraziłam ;) )



Mały minus za amerykańską propagandę. Na koniec książki, po interwencji Stanów Zjednoczonych, robi się odrobinę za słodko.


czwartek, 17 października 2013

"Sen to Chihiro kamikakushi", reż. Hayao Miyazaki



Ależ fantastyczna bajka! Zachwyciła mnie nie tylko piękna opowieść o miłości, oddaniu, odwadze i poświęceniu (no co?; wiem, że banalne, ale wciąż najważniejsze!). Duże wrażenie zrobiła na mnie też animacja (kocham Japonię!) oraz pomysł na świat przedstawiony i postacie. 



Rzadko kiedy coś mnie zaskakuje. Czasami wydaje mi się, że widziałam już niemal wszystko. Tym razem z przyjemnością dałam się zadziwić i to nie jeden raz. Poza tym uwielbiam bajki, w których mała, samodzielna dziewczynka jest główną bohaterką i aktywnie walczy o swoje szczęście, a "Spirited Away: W krainie Bogów" to jedna z nich.


Główna bohaterka, Chihiro, wraz z rodzicami trafia przez przypadek do krainy bogów. Jej bliscy, niestety popełniają makabryczny błąd, za który muszą srogo zapłacić. Kierowani głodem, czy może łakomstwem, zjadają pokarm bogów. Przyłapani na gorącym uczynku, zostają zmienieni w dwa, wstrętne wieprze (z reguły lubię świnki, ale te nie były sympatyczne; naprawdę!). Od tej pory Chihiro musi radzić sobie sama. A nie będzie łatwo, ponieważ bogowie nie znoszą obecności ludzi.
 
Prócz Chihiro i jej rodziców opowieść zamieszkują liczni bohaterowie. Są oni cudaczni, groteskowi, rzadko ładni, często brzydcy, czy wręcz odrażający. Mnóstwo wśród nich dziwolągów (np. olbrzymie niemowlę zamienione w świnkę morską), chimer ( np. pająko-ludzi, ptako-ludzi) i japońskich bóstw, które też są cokolwiek oryginalne.


"Spirited Away: W krainie Bogów" to historia zupełnie niepodobna do tych, które znałam do tej pory. Dałam się porwać, oczarować, urzec. Kto wie? Może to wiedźma Yubaba (ta wielka z obrazka poniżej) rzuciła na mnie urok?

Cóż, pozwólmy sobie czasami na fiksację. Inaczej świat byłby nudny, prawda?




Tu znajdziesz zwiastun: http://www.youtube.com/watch?v=6az9wGfeSgM

wtorek, 8 października 2013

"Ta, którą nigdy nie byłam", Majgull Axelsson


Mary Marie odkąd pamięta zawsze miała dwa imiona i nigdy nie wiedziała na pewno, które z nich jest prawdziwe. Matka, niegdyś więźniarka obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, z pochodzenia Polka, nazywała ją Mary, zaś ojciec, rodowity Szwed, Marie. Już jako mała dziewczynka zauważyła, że Marie oraz Mary to dwie, różniące się od siebie osoby. Któregoś razu uświadomiła sobie coś jeszcze, że ma nie tylko dwa imiona, lecz również dwa życia, które dzieją się jednocześnie. Ich bieg determinowany jest odmiennymi decyzjami, jakie podejmują: odważna, popadająca w kłopoty Marie oraz rozsądna, niezwykle ambitna Mary.
Bohaterka, w wieku kilkunastu lat, wygrywa konkurs na esej pod tytułem "Rządy ludu i przyszłość", organizowany przez szwedzkie ministerstwo. Jego finaliści, garstka podrostków o niezwykle ambitnych planach na przyszłość, od razu zaprzyjaźniają się i zakładają nieformalną grupę, którą nazywają "Klubem Bilardowym Przyszłość". Wśród nich jest też Sverker, jej przyszły mąż. Wiele lat później mówi o nim nie inaczej, jak tylko: "mężczyzna, którego kochałam".

Mary Marie poznajemy w chwili, kiedy jej dwie jaźnie znalazły się w skrajnie odmiennych sytuacjach, będących konsekwencją dramatycznego wyboru, jaki musiała podjąć. Mary jest spełnioną polityczką, ministrą do spraw pomocy rozwojowej w szwedzkim rządzie, zaś Marie skazaną morderczynią, która po kilkuletniej odsiadce, opuszcza właśnie więzienne mury.
 
Która z nich znalazła się w dogodniejszym położeniu? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. W tej opowieści nie ma ani wygranych, ani przegranych. Jest natomiast wina,  kara, wstyd oraz niemoc przebaczenia. I niespełnienie. Aż do ostatnich stron, kiedy w końcu staje się to, na co Marie Mary czekała od dawna.


Poza tym w książce pojawia się poważny problem, którego  nie mogłam nie zauważyć. Dotyczy on mężczyzn (nie wszystkich, więc proszę się nie obrażać), tych złych, godnych pogardy, którzy roszczą sobie prawo do kobiecego ciała, traktują je jak własność, coś co można posiąść, nabyć. Właśnie tacy mężczyźni wykorzystują i ranią, nas, kobiety najbardziej, a robią to mniej lub bardziej świadomie.

Książkę "Ta, którą nigdy nie byłam" polecam Ci naprawdę gorąco. Kolejny raz przekonałam się, że Majgull Axelsson jest świetną pisarką, bardzo wrażliwą i jedną z moich ulubionych. Jej postrzeganie i przeżywanie świata uważam za szczególnie bliskie mojej naturze.

piątek, 27 września 2013

"Ości", Ignacy Karpowicz




Jeśli zastanawiasz się teraz, czy Karpowicz jest moim ulubionym autorem, to odpowiedź brzmi nie. Fakt, że znowu polecam ci jego książkę, związany jest między innymi z tym, że a) cenię sobie twórczość pana Ignacego i uważam, że warto ją poznać, a także b) zaskoczyła mnie, jakże niespodziewana :) dostępność "Ości" w Książnicy Podlaskiej ( a jest to przecież pozycja bardzo trendy, nie mogłam nie skorzystać, taki fart!...).

"Ości" są o niejednolitości polskiego społeczeństwa (naprawdę, jesteśmy różni :)) i dynamicznych zmianach, jakim ulega (konserwatywna Polska chrześcijańska ściera się i przenika z Polską nowoczesną, otwartą na inność, łamiącą stereotypy). Bohaterowie są fantastyczni (bardzo ich polubiłam), niepodobni do siebie nawzajem, kolorowi, skomplikowani (chyba nie ma ani jednej osoby zrównoważonej w tym towarzystwie). Rozmowy, jakie ze sobą prowadzą są hm... przede wszystkim zabawne (bezczelnie szczere albo odwrotnie, bezczelnie nieszczere; wprost wyśmienite).

Szkopuł w tym, że czegoś mi w tej historii zabrakło. Mimo wątku rodem z kryminału ( zagadkowe zniknięcie postaci, a w związku z tym poszukiwania) oraz zdarzeń, które można by uznać za kontrowersyjne (poliamoria w praktyce) "Ości" nie wciągnęły mnie, ani tym bardziej nie stanęły mi gardle. Plusem jest to, że dały się przeczytać, a miejscami było całkiem zabawnie.




Bohaterowie są fajni (owszem), ale jacyś tacy nie do końca rzeczywiści, pozbawieni emocji. Miałam wrażenie, że nic nie przeżywają naprawdę (stąd pewnie i moja obojętność; odwzajemniona). I choć domyślam się, że takie właśnie było zamierzenie autora (rozumiem powody), to nadal czegoś mi brakuje w tej książce. Nie wydaje mi się, żeby mogła w pełni świadczyć o tym, jacy jesteśmy my, współczesne Polki i współcześni Polacy (a tego ostatnio szukam w literaturze). Według mnie została tu pokazana tylko część prawdy. Niewykluczone, że tak właśnie miało być.
A może w stolicy ludzie są już inni? Może jestem nie na czasie? Mam prawo, w końcu mieszkam na kresach. ;)

poniedziałek, 23 września 2013

"Zabójstwo Jesse' ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda", reż. Andrew Dominik




"Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." to western, który jako nie miłośniczka westernów mogę polecić ci z czystym sumieniem. Może dlatego, że jest nietypowy, zupełnie różny od tych, jakie znałam do tej pory. Wprawdzie opowiada o niegrzecznych chłopcach w kapeluszach, zwanych kowbojami, ale na tym podobieństwa chyba się kończą. Według mnie "Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." to raczej film psychologiczny i dramat.


Obraz Andrew Dominika od samego początku zachwyca. Wrażenie robią między innymi przepiękne zdjęcia (zawiedzie się ten, kto liczy na krajobrazy prerii, skał i wąwozów; będzie za to śnieg). Niektóre z nich są bardzo charakterystyczne, ostre w centrum i rozmazane na obrzeżach. Zupełnie jakby obraz przechodził w mgłę, ulegał zniszczeniu (zapomnieniu?). Miałam wrażenie, że za każdym razem przenoszą mnie w jakiś inny świat, wymiar, czas (trudno powiedzieć).




Mogłoby się wydawać, że tytuł jest nietrafiony, bo ujawnia najistotniejsze w filmie wydarzenie, ale to nieprawda. Zabieg, jaki w tym wypadku zastosowano, jest przemyślany, sprytny, a do tego spójny z konstrukcją całości, ponieważ "Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." jest w dużej mierze filmem o przedłużającym się w nieskończoność oczekiwaniu ( bez obaw, nie nudziłam się), takim które niszcząco wpływa na układ nerwowy człowieka. 

Robert Ford uśmiecha się, jak głupiec.
Bohaterowie wydają się przeczuwać, czy nawet wiedzieć, że coś złego i nieuniknionego musi nastąpić. Wszyscy są dziwnie nerwowi. Śmieją się często, zawsze w najmniej spodziewanych sytuacjach, niekoniecznie zabawnych. Uśmiechem próbują (chyba) ukryć swój strach albo kłamstwa, których nagminnie się dopuszczają. Rozmowy prowadzone są w dziwny sposób (częsta zmiana tematu, zaskakujące odpowiedzi, wymuszone  wtrącanie anegdot, które nic nie wnoszą), jakby chcieli coś ukryć, bezustannie kontrolowali wypowiadane słowa.

Ponadto atmosferę ciągłego napięcie wzmacnia wyjątkowo udana ścieżka muzyczna, autorstwa Nicka Cave'a i Warrena Ellis'a.


Tytułowi Jesse James (Brad Pitt) i Rober Ford (Casey Affleck) są postaciami skomplikowanymi i pod wieloma względami nieidealnymi. Ten pierwszy jest słynnym bandytą, przemęczonym z uwagi na wykonywany fach. Pewnego razu przyjmuje w szeregi swojej szajki tego drugiego, młodzieńca, który szczerze go podziwia, marzy o rozgłosie i ponad wszystko pragnie się wykazać. Splot fatalnych wydarzeń sprawia, że musi dojść do sytuacji, w której jeden  z nich stanie przed koniecznością zabicia tego drugiego. I choć od początku wiadomo, kto upadnie martwy, to zakończenie filmu okazuje się całkiem zaskakujące.


Jesse James nieświadomie oblizuje usta.
"Zabójstwo Jesse'go Jamesa" to dopracowana pod każdym względem, interesująca opowieść o płynnej granicy, jaka przebiega (a może wcale jej nie ma) między dobrem a złem, a także o nie oczywistości pojęć takich jak: bohater, zdrajca, przyjaciel, wróg. W tym filmie nic nie jest oczywiste.


Nic prócz tego, że przestrzeń życiowa kobiety ogranicza się do kuchni.


Kończę trzema kropkami i pogrążam się w smutku.

...



środa, 18 września 2013

"Ruby Sparks", reż. Jonathan Deyton, Valerie Faris




Bardzo przyjemny film, dobra (naprawdę) komedia romantyczna, która nie trąci banałem, nie jest przesłodzona i powinna zainteresować widzów obojga płci (hormony raczej nie odegrają roli).

Calvin, młody pisarz i autor bestsellerowej powieści przeżywa kryzys twórczy i życiowy. Nie ma weny, nie pisze. Zamiast tego chodzi do psychoterapeuty (niezwykle komiczna postać, budząca instynkt macierzyński; nie wiem dlaczego, ale w tym wypadku hormony raczej odegrały jakąś rolę) i kupuje sobie psa, z którym bez przerwy musi wychodzić, bo ten cały czas chce siusiu, jak suczka (takie stwierdzenie pojawia się w filmie; też nie wiem dlaczego; nie podnosi łapy?).

Pewnej nocy Calvinowi śni się dziewczyna. Kiedy rano wstaje (a właściwie zrywa się) z łóżka, jest całkiem odmieniony, pełen energii i zapału do pracy. Natychmiast siada do maszyny (komputera nie używa; dlaczego? jest hipsterem?; tyle niewiadomych!) i zaczyna się...

Ruby Sparks, tak nazywa się wyśniona dziewczyna i bohaterka nowej powieści Calvina. Chłopak wymyśla drobiazgowo jej wygląd, osobowość, historię życia, zainteresowania tak, by była idealna, w sam raz dla niego (drugiemu bohaterowi swojej książki nie przez przypadek nadaje własne imię). Niestety w pewnym momencie, z przerażeniem, stwierdza, że zakochuje się (o rany!) w fikcyjnej postaci. Co gorsze nadchodzi moment, gdy staje się jasne, iż oszalał. Dlaczego? Ponieważ pewnego dnia spotyka Ruby nie we śnie, nie w wyobraźni, ale na jawie i to we własnym domu.

Co teraz? Czy Ruby jest prawdziwa? Czy Calvin nadal może "pisać" jej życie? Decydować za nią? Wpływać na to, jaką jest osobą i w jaki sposób postępuje?

W tej fajnej hollywoodzkiej bajce, na szczęście wolnej od tandety, pojawia się temat ważny i nie zawsze oczywisty, dotyczący niezależności w związku i pokusy, jaką stanowi możliwość kontrolowania drugiej, ukochanej (ale czy na pewno?) osoby.

Główni bohaterowie, Calvin i Ruby, są nieidealnie piękni. Naprawdę miło się na nich patrzy.


niedziela, 15 września 2013

"Cud", Ignacy Karpowicz

Książka może nie od razu cudowna, ale cudaczna na pewno i bez wątpienia opowiada o cudzie, jakim jest (uwaga!) życie po śmierci. Nie, nie jest ani o Zombie, które ostatnio wylegają stadnie i atakują nas w kinach i księgarniach (przeterminowane mięso), ani o Chrystusie (temat cokolwiek popularny od dwóch tysięcy lat i nadal się nie nudzi...).


Mikołaj, bohater, który już na samym początku ginie w wypadku samochodowym, jak na umarlaka wygląda całkiem żywo, zaś temperatura jego ciała wcale nie spada, a nawet odrobinę wzrasta. W pewnym sensie staje się on sprawcą (chyba nieświadomie, skoro nie żyje) cyklu zdarzeń, które w niesamowity sposób splatają losy kolejnych postaci. Jego śmierć ma realny wpływ na życie innych, bliskich, znajomych i mniej znajomych. Wszyscy oni zostają w cudowny sposób odmienieni, gotowi do podjęcia życiowych decyzji, do zmian. Na przykład: matka Mikołaja, Halinka, decyduje się na rozwód, Marysia, była dziewczyna, postanawia wyjść z szafy i związać się z drugą kobietą, (imienia nie pamiętam; wcale nie dlatego, że była brzydka), która nota bene go zabiła, a Ania (ta jest najlepsza!) zamierza mieć z nim dziecko. Czy jej się to uda? Nie powiem. Przeczytaj, to się dowiesz. W tej książce wszystko może się zdarzyć. Jest przecież o cudzie, no i o naszym kraju, gdzie najbardziej absurdalne i niesamowite sytuacje są na porządku dziennym. Rzecz dzieje się w Warszawie, Białymstoku i Gródku (Podlasiacy, Podlasianki do bibliotek marsz!). Kto lubi swojskie klimaty, nie zawiedzie się. Poza tym będzie śnieg, polskie święta i Mikołaj, a to ucieszy wszystkich. Prawda?

To tutaj mieszka babcia Mikołaja, demoniczna Helenka, bogaczka na włościach podlaskich, postrach zięcia pijaczka.