piątek, 27 września 2013

"Ości", Ignacy Karpowicz




Jeśli zastanawiasz się teraz, czy Karpowicz jest moim ulubionym autorem, to odpowiedź brzmi nie. Fakt, że znowu polecam ci jego książkę, związany jest między innymi z tym, że a) cenię sobie twórczość pana Ignacego i uważam, że warto ją poznać, a także b) zaskoczyła mnie, jakże niespodziewana :) dostępność "Ości" w Książnicy Podlaskiej ( a jest to przecież pozycja bardzo trendy, nie mogłam nie skorzystać, taki fart!...).

"Ości" są o niejednolitości polskiego społeczeństwa (naprawdę, jesteśmy różni :)) i dynamicznych zmianach, jakim ulega (konserwatywna Polska chrześcijańska ściera się i przenika z Polską nowoczesną, otwartą na inność, łamiącą stereotypy). Bohaterowie są fantastyczni (bardzo ich polubiłam), niepodobni do siebie nawzajem, kolorowi, skomplikowani (chyba nie ma ani jednej osoby zrównoważonej w tym towarzystwie). Rozmowy, jakie ze sobą prowadzą są hm... przede wszystkim zabawne (bezczelnie szczere albo odwrotnie, bezczelnie nieszczere; wprost wyśmienite).

Szkopuł w tym, że czegoś mi w tej historii zabrakło. Mimo wątku rodem z kryminału ( zagadkowe zniknięcie postaci, a w związku z tym poszukiwania) oraz zdarzeń, które można by uznać za kontrowersyjne (poliamoria w praktyce) "Ości" nie wciągnęły mnie, ani tym bardziej nie stanęły mi gardle. Plusem jest to, że dały się przeczytać, a miejscami było całkiem zabawnie.




Bohaterowie są fajni (owszem), ale jacyś tacy nie do końca rzeczywiści, pozbawieni emocji. Miałam wrażenie, że nic nie przeżywają naprawdę (stąd pewnie i moja obojętność; odwzajemniona). I choć domyślam się, że takie właśnie było zamierzenie autora (rozumiem powody), to nadal czegoś mi brakuje w tej książce. Nie wydaje mi się, żeby mogła w pełni świadczyć o tym, jacy jesteśmy my, współczesne Polki i współcześni Polacy (a tego ostatnio szukam w literaturze). Według mnie została tu pokazana tylko część prawdy. Niewykluczone, że tak właśnie miało być.
A może w stolicy ludzie są już inni? Może jestem nie na czasie? Mam prawo, w końcu mieszkam na kresach. ;)

poniedziałek, 23 września 2013

"Zabójstwo Jesse' ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda", reż. Andrew Dominik




"Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." to western, który jako nie miłośniczka westernów mogę polecić ci z czystym sumieniem. Może dlatego, że jest nietypowy, zupełnie różny od tych, jakie znałam do tej pory. Wprawdzie opowiada o niegrzecznych chłopcach w kapeluszach, zwanych kowbojami, ale na tym podobieństwa chyba się kończą. Według mnie "Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." to raczej film psychologiczny i dramat.


Obraz Andrew Dominika od samego początku zachwyca. Wrażenie robią między innymi przepiękne zdjęcia (zawiedzie się ten, kto liczy na krajobrazy prerii, skał i wąwozów; będzie za to śnieg). Niektóre z nich są bardzo charakterystyczne, ostre w centrum i rozmazane na obrzeżach. Zupełnie jakby obraz przechodził w mgłę, ulegał zniszczeniu (zapomnieniu?). Miałam wrażenie, że za każdym razem przenoszą mnie w jakiś inny świat, wymiar, czas (trudno powiedzieć).




Mogłoby się wydawać, że tytuł jest nietrafiony, bo ujawnia najistotniejsze w filmie wydarzenie, ale to nieprawda. Zabieg, jaki w tym wypadku zastosowano, jest przemyślany, sprytny, a do tego spójny z konstrukcją całości, ponieważ "Zabójstwo Jesse' ego Jamesa..." jest w dużej mierze filmem o przedłużającym się w nieskończoność oczekiwaniu ( bez obaw, nie nudziłam się), takim które niszcząco wpływa na układ nerwowy człowieka. 

Robert Ford uśmiecha się, jak głupiec.
Bohaterowie wydają się przeczuwać, czy nawet wiedzieć, że coś złego i nieuniknionego musi nastąpić. Wszyscy są dziwnie nerwowi. Śmieją się często, zawsze w najmniej spodziewanych sytuacjach, niekoniecznie zabawnych. Uśmiechem próbują (chyba) ukryć swój strach albo kłamstwa, których nagminnie się dopuszczają. Rozmowy prowadzone są w dziwny sposób (częsta zmiana tematu, zaskakujące odpowiedzi, wymuszone  wtrącanie anegdot, które nic nie wnoszą), jakby chcieli coś ukryć, bezustannie kontrolowali wypowiadane słowa.

Ponadto atmosferę ciągłego napięcie wzmacnia wyjątkowo udana ścieżka muzyczna, autorstwa Nicka Cave'a i Warrena Ellis'a.


Tytułowi Jesse James (Brad Pitt) i Rober Ford (Casey Affleck) są postaciami skomplikowanymi i pod wieloma względami nieidealnymi. Ten pierwszy jest słynnym bandytą, przemęczonym z uwagi na wykonywany fach. Pewnego razu przyjmuje w szeregi swojej szajki tego drugiego, młodzieńca, który szczerze go podziwia, marzy o rozgłosie i ponad wszystko pragnie się wykazać. Splot fatalnych wydarzeń sprawia, że musi dojść do sytuacji, w której jeden  z nich stanie przed koniecznością zabicia tego drugiego. I choć od początku wiadomo, kto upadnie martwy, to zakończenie filmu okazuje się całkiem zaskakujące.


Jesse James nieświadomie oblizuje usta.
"Zabójstwo Jesse'go Jamesa" to dopracowana pod każdym względem, interesująca opowieść o płynnej granicy, jaka przebiega (a może wcale jej nie ma) między dobrem a złem, a także o nie oczywistości pojęć takich jak: bohater, zdrajca, przyjaciel, wróg. W tym filmie nic nie jest oczywiste.


Nic prócz tego, że przestrzeń życiowa kobiety ogranicza się do kuchni.


Kończę trzema kropkami i pogrążam się w smutku.

...



środa, 18 września 2013

"Ruby Sparks", reż. Jonathan Deyton, Valerie Faris




Bardzo przyjemny film, dobra (naprawdę) komedia romantyczna, która nie trąci banałem, nie jest przesłodzona i powinna zainteresować widzów obojga płci (hormony raczej nie odegrają roli).

Calvin, młody pisarz i autor bestsellerowej powieści przeżywa kryzys twórczy i życiowy. Nie ma weny, nie pisze. Zamiast tego chodzi do psychoterapeuty (niezwykle komiczna postać, budząca instynkt macierzyński; nie wiem dlaczego, ale w tym wypadku hormony raczej odegrały jakąś rolę) i kupuje sobie psa, z którym bez przerwy musi wychodzić, bo ten cały czas chce siusiu, jak suczka (takie stwierdzenie pojawia się w filmie; też nie wiem dlaczego; nie podnosi łapy?).

Pewnej nocy Calvinowi śni się dziewczyna. Kiedy rano wstaje (a właściwie zrywa się) z łóżka, jest całkiem odmieniony, pełen energii i zapału do pracy. Natychmiast siada do maszyny (komputera nie używa; dlaczego? jest hipsterem?; tyle niewiadomych!) i zaczyna się...

Ruby Sparks, tak nazywa się wyśniona dziewczyna i bohaterka nowej powieści Calvina. Chłopak wymyśla drobiazgowo jej wygląd, osobowość, historię życia, zainteresowania tak, by była idealna, w sam raz dla niego (drugiemu bohaterowi swojej książki nie przez przypadek nadaje własne imię). Niestety w pewnym momencie, z przerażeniem, stwierdza, że zakochuje się (o rany!) w fikcyjnej postaci. Co gorsze nadchodzi moment, gdy staje się jasne, iż oszalał. Dlaczego? Ponieważ pewnego dnia spotyka Ruby nie we śnie, nie w wyobraźni, ale na jawie i to we własnym domu.

Co teraz? Czy Ruby jest prawdziwa? Czy Calvin nadal może "pisać" jej życie? Decydować za nią? Wpływać na to, jaką jest osobą i w jaki sposób postępuje?

W tej fajnej hollywoodzkiej bajce, na szczęście wolnej od tandety, pojawia się temat ważny i nie zawsze oczywisty, dotyczący niezależności w związku i pokusy, jaką stanowi możliwość kontrolowania drugiej, ukochanej (ale czy na pewno?) osoby.

Główni bohaterowie, Calvin i Ruby, są nieidealnie piękni. Naprawdę miło się na nich patrzy.


niedziela, 15 września 2013

"Cud", Ignacy Karpowicz

Książka może nie od razu cudowna, ale cudaczna na pewno i bez wątpienia opowiada o cudzie, jakim jest (uwaga!) życie po śmierci. Nie, nie jest ani o Zombie, które ostatnio wylegają stadnie i atakują nas w kinach i księgarniach (przeterminowane mięso), ani o Chrystusie (temat cokolwiek popularny od dwóch tysięcy lat i nadal się nie nudzi...).


Mikołaj, bohater, który już na samym początku ginie w wypadku samochodowym, jak na umarlaka wygląda całkiem żywo, zaś temperatura jego ciała wcale nie spada, a nawet odrobinę wzrasta. W pewnym sensie staje się on sprawcą (chyba nieświadomie, skoro nie żyje) cyklu zdarzeń, które w niesamowity sposób splatają losy kolejnych postaci. Jego śmierć ma realny wpływ na życie innych, bliskich, znajomych i mniej znajomych. Wszyscy oni zostają w cudowny sposób odmienieni, gotowi do podjęcia życiowych decyzji, do zmian. Na przykład: matka Mikołaja, Halinka, decyduje się na rozwód, Marysia, była dziewczyna, postanawia wyjść z szafy i związać się z drugą kobietą, (imienia nie pamiętam; wcale nie dlatego, że była brzydka), która nota bene go zabiła, a Ania (ta jest najlepsza!) zamierza mieć z nim dziecko. Czy jej się to uda? Nie powiem. Przeczytaj, to się dowiesz. W tej książce wszystko może się zdarzyć. Jest przecież o cudzie, no i o naszym kraju, gdzie najbardziej absurdalne i niesamowite sytuacje są na porządku dziennym. Rzecz dzieje się w Warszawie, Białymstoku i Gródku (Podlasiacy, Podlasianki do bibliotek marsz!). Kto lubi swojskie klimaty, nie zawiedzie się. Poza tym będzie śnieg, polskie święta i Mikołaj, a to ucieszy wszystkich. Prawda?

To tutaj mieszka babcia Mikołaja, demoniczna Helenka, bogaczka na włościach podlaskich, postrach zięcia pijaczka.