niedziela, 15 września 2013

"Cud", Ignacy Karpowicz

Książka może nie od razu cudowna, ale cudaczna na pewno i bez wątpienia opowiada o cudzie, jakim jest (uwaga!) życie po śmierci. Nie, nie jest ani o Zombie, które ostatnio wylegają stadnie i atakują nas w kinach i księgarniach (przeterminowane mięso), ani o Chrystusie (temat cokolwiek popularny od dwóch tysięcy lat i nadal się nie nudzi...).


Mikołaj, bohater, który już na samym początku ginie w wypadku samochodowym, jak na umarlaka wygląda całkiem żywo, zaś temperatura jego ciała wcale nie spada, a nawet odrobinę wzrasta. W pewnym sensie staje się on sprawcą (chyba nieświadomie, skoro nie żyje) cyklu zdarzeń, które w niesamowity sposób splatają losy kolejnych postaci. Jego śmierć ma realny wpływ na życie innych, bliskich, znajomych i mniej znajomych. Wszyscy oni zostają w cudowny sposób odmienieni, gotowi do podjęcia życiowych decyzji, do zmian. Na przykład: matka Mikołaja, Halinka, decyduje się na rozwód, Marysia, była dziewczyna, postanawia wyjść z szafy i związać się z drugą kobietą, (imienia nie pamiętam; wcale nie dlatego, że była brzydka), która nota bene go zabiła, a Ania (ta jest najlepsza!) zamierza mieć z nim dziecko. Czy jej się to uda? Nie powiem. Przeczytaj, to się dowiesz. W tej książce wszystko może się zdarzyć. Jest przecież o cudzie, no i o naszym kraju, gdzie najbardziej absurdalne i niesamowite sytuacje są na porządku dziennym. Rzecz dzieje się w Warszawie, Białymstoku i Gródku (Podlasiacy, Podlasianki do bibliotek marsz!). Kto lubi swojskie klimaty, nie zawiedzie się. Poza tym będzie śnieg, polskie święta i Mikołaj, a to ucieszy wszystkich. Prawda?

To tutaj mieszka babcia Mikołaja, demoniczna Helenka, bogaczka na włościach podlaskich, postrach zięcia pijaczka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz