piątek, 22 listopada 2013

"Mały Otik", reż. Jan Švankmajer



Dawno temu w drewnianej chatce nieopodal lasu żyła żona i mąż. Ich jedyną troską był brak potomstwa, który niezwykle im doskwierał. Pewnego dnia mąż karczował drzewa w lesie. Gdy wyciągnął z gleby korzeń, niezwykle przypominający w kształcie ciało niemowlęcia, ociosał go i zabrał ze sobą do chaty. 













Żona na widok maleńkiego Ociosanka nie posiadała się z radości. Natychmiast zawinęła go w pierzynkę i odtąd, każdego dnia, śpiewała mu piękne kołysanki do snu.

Któregoś razu Ociosanek zaczął poruszać się, płakać i domagać jedzenia jak ludzkie niemowlę. Małżeństwo starało się zapewnić mu wszystko, czego potrzebował. Problem w tym, że Ociosanek miał niezwykły apetyt, który z każdym kolejnym posiłkiem wydawał się zaostrzać. W końcu małżeństwo, pomimo chęci, nie było już w stanie sprostać żywieniowym potrzebom Ociosanka i wtedy....

Ta stara legenda, naumyślnie przeze mnie niedokończona (nie chcę psuć Ci zabawy), zainspirowała powstanie filmu Jana Švankmajera "Mały Otik". Tym samym powstało dzieło (a tak! nie boję się użyć tego pochlebnego terminu) co najmniej dziwaczne, a pod względem artystycznym bardzo satysfakcjonujące. Rzecz dzieje się wcale nie tak dawno, dawno temu, ale współcześnie i nie za górami, za lasami, hen daleko, ale w kraju naszych sąsiadów- Czechów, którzy słynął z wysublimowanego poczucia humoru i niebanalnych pomysłów. Poza tym jest dokładnie tak, jak w legendzie.


Ponieważ odstępstwa od normy niezwykle mnie rajcują (szczególnie tak daleko idące), "Mały Otik" sprawił mi przyjemność niemal narkotyczną. Mogłabym porównać ją do rozkoszy, jaką daje smak ciasteczka z orzeszkami, czekoladką i wisieneczką na czubeczku. 


Właśnie! Właśnie! Jedzenie stanowi ważny element filmu (taka podwójna uczta kinomana). Przed obejrzeniem "Małego Otika", z jakiegoś powodu, radzę się nie najadać. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz