niedziela, 10 listopada 2013

"Życie przed sobą", Romain Gary


"Życie przed sobą" to książka, o której myślę z uśmiechem. Bohaterem i jednocześnie narratorem jest mały Mohamed, nieletni syn jakiejś prostytutki i kogoś tam jeszcze (nie wiadomo; przynajmniej przez dłuższy czas), jeden z wychowanków pani Rozy. Ta zaś jest Żydówką polskiego pochodzenia. Choć przeżyła holocaust, to nigdy nie odzyskała pełnej wolności, nie przestała przeżywać tego, co ją spotkało. Popadła w swego rodzaju paranoję: miała papiery potwierdzające fałszywą tożsamość, a w nocy zrywała się z łóżka, gdy słyszała kroki na klatce schodowej. Po wojnie przeniosła się do Paryża (tu też rozgrywa się akcja powieści), gdzie przez wiele lat "radziła sobie dupą", lecz kiedy zaczęła się starzeć, a jej wdzięki przemijały, musiała znaleźć sobie nowe zajęcie i pomysł na biznes. W związku z tym otworzyła w swoim mieszkaniu nielegalny przytułek dla dzieci prostytutek.

Mohamed, kiedy go poznajemy, jest jednym z najstarszych i najdłużej przebywających wychowanków w domu pani Rozy. W związku z tym spada na niego dużo obowiązków. Pomaga przede wszystkim w opiece nad młodszymi dziećmi. Pozostały czas (a ma go sporo, ponieważ nie uczęszcza do szkoły) spędza włócząc się po ulicach Paryża, gdzie zdobywa kolejne, życiowe doświadczenia, zawiera nowe znajomości, łobuzuje, czasem kradnie.


Momo (tak nazywają go przyjaciele) jest bystrym, bardzo wrażliwym chłopcem. Marzy o podróży do Nicei, która jest białym miastem pośród mimozowych lasów, uwielbia klauny, bo te są najlepsze na świecie, a w nocy wyobraża sobie, że przychodzi do niego lwica, wskakuje na łóżko i liże go po twarzy, ponieważ to właśnie lwice najbardziej ze wszystkich zwierząt bronią swoich małych ("takie są prawa natury"). Gdyby Mohamed miał możliwość, najchętniej przewinąłby życie jak film, żeby zobaczyć twarz swojej mamy. Wtedy wiedziałby, kim jest, mógłby zaopiekować się nią i zostać dla niej "dobrym sutenerem".



Mohamed, jak wspomniałam, pełni w powieści również funkcję narratora, więc sam opowiada historię swojego życia. Tym samym język "Życia przed sobą" jest, cóż..., po prostu cudowny, fantastyczny, niepowtarzalny i dodatkowo zabawny, choć traktuje o dramatycznych doświadczeniach. Bohater często używa wyrażeń wulgarnych, ale z ich wulgarności nie zdaje sobie sprawy, słów niekoniecznie adekwatnych do sytuacji lub przekręcanych tak, że cała wypowiedź zyskuje nowe, niebanalne znaczenie. Jako dziecko funkcjonuje poza schematami, także językowymi. Sposób mówienia staje się więc aktem niczym nieskrępowanej ekspresji i niezamierzonej kreacji. W tym upatruję szczególną wartość "Życia przed sobą" i stąd czerpałam największą przyjemność, jaką bez wątpienia sprawiła mi lektura.


Bohater, którego naprawdę polubiłam, jest wyjątkowym chłopcem pod każdym względem, bardzo dzielnym i dojrzałym, a jego historia głęboko wzrusza i w sposób trafny tłumaczy, czym jest miłość, ta niemedialna, niekoniecznie kolorowa, często niełatwa, ale za to prawdziwa, nie znająca kompromisu. Nie dotyczą jej ograniczenia (choćby kulturowe), ani zakazy. Jest przede wszystkim oddaniem i gotowością do poświęcenia. Niestety, miłość taka wydaje się być również niedzisiejsza, dlatego warto sobie o jej istnieniu przypomnieć. Warto też poznać Momo. Szczerze cię do tego zachęcam.


Książka posiada swój charakterystyczny klimat, który trudno opisać słowami. Wydaje mi się, że zamieszczone tu kolaże autorstwa Jackuesa Villegle w jakiś sposób go oddają.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz